Nie o zemstę lecz o pamięć wołają ofiary (fot. Steemit)

Wstęp 

Moi rodzice zaręczyli się na plebanii kościoła w Kisielinie w dawnym województwie wołyńskim, na pierwszym piętrze, w mieszkaniu miejscowego księdza. Nagle przez okna wpadły pierwsze granaty, a w ich uszach dudniły strzały, skutkiem tego był pożar drzwi i dachu plebanii. Mama w chwili ataku miała zaledwie 18 lat, a ojciec 21. Ojciec prosił mamę o rękę kilka miesięcy, ale znacząco powiedziała mu, że jest jeszcze za młoda na małżeństwo i nie wie co to jest tak naprawdę miłość. Teraz jednak się zaręczyli, bo nie byli pewni, czy przeżyją wojnę.  

Dzień masakry 

11 lipca 1943 r., rozpoczęły się masowe ataki Banderowców z UPA na Wołyniu, to wydarzenie zostało nazwane “Krwawą Niedzielą”, bo w 1943 roku 11 lipca wypadał w niedzielę. W tym dniu Ukraińcy z UPA (Ukraińska Armia Powstańcza) wtargnęli do kościołów katolickich i domów w wołyńskich miastach i wsiach, by zamordować przebywających na mszy Polaków. Nie oszczędzili także kościoła w Kisielinie, gdzie na odprawioną w tym czasie mszę poszli moi rodzice. 

Ten niedzielny dzień był początkiem ukraińskiej masakry. Do 1943 roku zdarzały się mordy, ale od 11 lipca 1943 r zaczęła się rzeź. Upowcy łącznie zaatakowali 99 polskich miejscowości. Napadali głównie na domy, wywlekając z nich mieszkające tam rodziny, łapali uciekinierów, podpalali ukrywających, aby się oni ujawnili. Strzelali, dźgali widłami, tłukli w głowami siekierami, podrzynali kosami gardła. Nie byli litośni dla dzieci, ich rodziców, ginęły kobiety w ciąży (Bandyci najpierw doprowadzali do poronienia, następnie do ciała kobiety wsadzali kota z ostrymi pazurami, co w efekcie ofiara umierała w okropnych męczarniach na skutek krwawienia), starcy. W sumie oni nie oszczędzali nikogo. Zginęło z ich rąk około 90. Tysięcy Polaków. Była to potężna akcja metodycznego mordowania Polaków z obszaru Wołynia. Wielka akcja o charakterze wielkiej czystki, w której prócz Polaków ginęli także Czesi, Ormianie, Żydzi oraz Ukraińcy niezwiązani z Banderą i UPA. Wcześniej ukraińscy szowiniści pomagali Niemcom w mordach na Polakach i Żydach. Celem tego ludobójstwa było przygotowanie terenu jednorodnego etnicznie, by na Wołyniu zapanowały rządy Samoistnej Ukrainy. 

Tej niedzieli na mszę w parafii w Kisielinie przyszli Polacy z samego miasteczka i okolicznych wsi. Od razu kościół został otoczony przez Banderowców i czekali specjalnie, aż msza się skończy i nieświadomi ludzie zaczną wychodzić prosto pod lufy ich broni i siekier. Kiedy jednak przebywający tam ludzie zobaczyli co dzieje się na zewnątrz kościoła, przerażeni ponownie weszli do kościoła. Próbowali się wszędzie schować. Czterem osobom udało się schować pod dachem. Kilkadziesiąt innym udało się zbiec w kierunku połączonej z kościołem plebanią, schodami w stronę mieszkania kapłana. 80 osób zostało w kościele. Ukraińcy wywlekli ich na kościelny dziedziniec, zaprowadzili ich pod dzwonnicę, zdarli do nagości z ich ubrania, by się nie podziurawiły od kul i w kolejności rozstrzelani, następnie ich przebijali bagnetami. Moi rodzice masakrę przeżyli dzięki temu, że oni się nie poddali. Wraz z innymi osobami zabarykadowali się na przylegającej do kościoła plebanii, a mój ojciec, konspirator Związku Walki Zbrojnej, zorganizował tam obronę. Przez całe 11 godzin razem z innymi odpierał ukraińskie ataki. Natychmiast odrzucali wpadające z okien granaty, momentami gasili palące się drzwi, odpychali drabiny, po których wbiegali Upowcy z nożami, rzucali w ich kierunku cegłami. Cztery osoby zginęły, a sześć zostało rannych. Nocą Ukraińcy opuścili teren Kościoła. Mój ojciec został ciężko ranny przez wybuch granatu. Leżał na łóżku proboszcza z rozerwaną nogą, a z tętnicy pod kolanem biła mu świeża krew jak z fontanny. Matka tym czasem robiła mu opatrunki z podszewki oderwanej od płaszcza i paskiem zaciskała mu nogę. Po czasie musiała jednak popuszczać ucisk, bo noga robiła się sina. Wtedy ponownie lała się krew, więc mama nie mogła popuszczać za długo. Nie było tam wody, więc usta ojcu zwilżała zsiadłym mlekiem, które ksiądz nastawił poprzedniego dnia. Uratowała mu życie. 

Dalsze losy rodziny Dębskich 

Kiedy po dokonanej ucieczce z kościoła mama ponownie spotkała ojca, nie miał już nogi, którą swoimi siłami opatrywała. Do wspomnianej już rany weszła gangrena, jedynym ratunkiem była przeprowadzona bez znieczulenia amputacja w niemieckim szpitalu we Włodzimierzu Wołyńskim. Mama miała głęboki żal, że po zaręczynach nie mogła już nigdy z tatą zatańczyć. Moi rodzice zdołali uciec z pogromu dzięki pomocy rodzinie ukraińskiej Parfeniuków (Ta rodzina ryzykowała swoje życie). Znaleźli dla siebie bezpieczne miejsce z daleka od Kisielina. Uratowali swoje życie i dzięki temu jestem tu na świecie. Mniej szczęścia mieli moi dziadkowie ze strony ojca, bo zostali porwani przez Ukraińców. Mój ojciec miał wręcz genialną pamięć. To był dar i za razem przekleństwo, bo z najdrobniejszymi szczegółami pamiętał okropne wydarzenia z 11 lipca 1943r. Był również utalentowany malarsko, więc malując obrazy, dawał upust pamięci. Na ścianach w domu moich rodziców wisiały obrazy odmalowane z największą szczegółowością panoramy i pejzaże Kisielina. Domy namalowane na tych obrazach stoją dokładnie tak, jak tam stały, przed nimi te same ogródki, a w ogródkach kwitnące kwiaty, ten sam układ ulic. Swoją pamięcią odtwarzał drobiazgowo wszystkie istotne obiekty i fakty. Malował także sceny masakry w kościele jak i przed nim. Kule przebijające ludziom plecy, skaczący po dachach ogień. Ojciec komponował również utwory upamiętniające tragedię Wołynia – symfoniczne i wokalno-instrumentalne. Przed jego oczami wciąż przelatywał obraz z tego zdarzenia. Nie uwolnił się z tego do końca życia. Potrzeba malowania tamtego świata była tym bardziej większa, że nie zachował się do dziś. Z kościoła pozostały ruiny, Kisielin zwiądł i zmarniał, okoliczne miejscowości przestały istnieć, po domach Polaków zachowały się fragmenty fundamentów i stare drzewa owoce, które obecnie zostały zarośnięte przez las.  

Dalsze wspomnienia 

Tato czuł, że malując te obrazy na swój sposób ratował to, co już do dzisiejszych czasów przepadło, odtwarzał swój dawny świat, pozostawiając po nim jedyny ślad. Chociaż należał do ludzi pogodnych, można nawet uznać, że był niezwykłym optymistą, to dokonane ludobójstwo, które przeżył, towarzyszyło mu do końca życia. Żyliśmy tym wydarzeniem wszyscy w domu, w tym ja i moi bracia, bo rodzice opowiadali o swoich dobrych i złych doświadczeniach z ich życia. Aż w końcu ojciec postanowił napisać o tym książkę. Tym sposobem zapisał w ludzkiej pamięci Kisielin przed 11 lipca 1943 r. Nosił się z tym pomysłem od jego wczesnej młodości. Jednak długo, jak zabrać się do realizacji. Raz widział tą książkę jako powieść historyczną, a czasami nawet jako powieść humorystyczną w stylu Pereł i wieprzów Kornela Makuszyńskiego. Z biegiem lat jego ambicje pisarskie, a rosły malarskie, aż pojechał już na swoją trzecią wyprawę na Wołyń. Od tego momentu dojrzał w nim zamiar pisania. Stojąc tuż przy Kisielińskim kościele, czyli nad mogiłą pomordowanych w nim swoich sąsiadów, uznał, że najlepszym pomnikiem dla uczczenia ich pamięci będzie właśnie książka o tym, co się z nimi i innymi stało. Postanowił napisać coś w rodzaju monografii Kisielina. Kronikę tego miasteczka, jego mieszkańców. Niestety największą pokaźną częścią musiał być opis śmierci. Zaczął zbierać dokumentację. Robił to, jak to on, skrupulatnie, rzetelnie, dokładnie. Docierał do tych ludzi – tych co przeżyli masakrę albo do ich członków rodzin. Latami przeprowadzał rozmowy z ocalałymi mieszkańcami. Rozmawiał z nimi, pisał listy, prosił ich o relacje, zdjęcia, każde choć nawet najmniejsze wspomnienie. Dokumentował ich nazwiska, rodziny i ich los. Pamiętał, kto w której zagrodzie mieszkał, ile miał dzieci i zapisywał wszystko na papierze. Mama pomagała mu w zbieraniu tych informacji. To było dzieło ich życia, ale też ich wspólną psychoterapią. Ojciec wspomina o Kisielinie i “Kręgu Kościoła Kisielińskiego”, bo takową sobie wybrał metodę. Chodziło mu o miejscowości, z których ludzie zebrali się na mszę w dniu 11 lipca. Stworzył z nich wspólnotę przelanej niewinnie krwi. Dokładnie opisuje ukraińskie oblężenie kościoła i ciąg dalszy zbrodni wołyńskiej trwającej aż do września. Jest tak samo szczegółowy jak prawdziwy archiwista. Nie tylko zebrał słowne relacje od ludzi, którzy przeżyli rzeź, ale także otworzył wszelkiego rodzaju informacje dotyczących miejscowości, które je opisywał. Ich statystyki demograficzne, ich topografię. Do każdego opisu dołączona jest narysowana przez niego mapka oraz przedwojenne rysunki domów i ulic. Są też rysunki i grafiki przedstawiające na przykład, jak wyglądały stogi na polu, sprzęty domowe itp. Opisał także historię najważniejszych rodów i opisał działające tam instytucje rządowe i samorządowe, jak działała policja, urzędy miejskie, poczta, wszelkiego rodzaju ważne budynki. Opisał także życie codzienne mieszkańców, zabawy, święta oraz jak żyły między sobą przedstawiciele różnych narodowości. Jak i gdzie pracowali ludzie, gdzie były dokładnie żyzne ziemie, a gdzie były gleby byle jakie. Gdzie można było znaleźć dobrą wodę, a gdzie była, która “szybko zaczynała śmierdzieć”, jaki kształt miały gonty na dachach, płoty przed domami oraz studzienne żurawie. Udokumentował jak przebiegała melioracja, budowa dróg i ich wpływ na naturalne środowiska. Interesowały go takie szczegóły, jakiego rodzaju i kto palił papierosy i kto zakupił pierwszy motocykl czy samochód. Jego pamięć do szczegółów znowu znalazła swoje ujście w opisach takich drobiazgów, o których nie pamiętali nawet sami bohaterowie tych historii. 

Miejsce narodzin ojca 

Co dziwne, ojciec urodził się we Lwowie, z przeprowadził się do Kisielina razem z rodziną, będąc już nastolatkiem. Uczył się w gimnazjum i w liceum w Łucku i u pijarów w Lubieszowie (W tym samym miejscu co Tadeusz Kościuszko), tak więc w domu w Kisielinie przebywał tylko w czasie wakacji i świąt. Jednak zapamiętał tak dużo informacji w tak krótkim czasie. W części drugiej książki z zegarmistrzowską wręcz precyzją otworzył to, co zostało już unicestwione. Opisał chwilę po chwili atak na kościół i jego obronę, w której razem z mamą uczestniczył. Co jest jednak ciekawe, nie wspomina tam o mamie “moja przyszła żona” – podobnie jak wszystkich, także i ją przedstawił z imienia i nazwiska, czyli Aniela Sławińska, po mężu Dębska. O swoim bracie, który razem z nim ratował swoje życie i innych przed hordą napastników ukraińskich, pisze: “ranny Jerzy Dębski”. O atakujących tak pisze: “upowcy i Ukraińcy”. Nie ma tam żadnych emocji, są tam czyste fakty zawarte z życia ojca. Opisuje, ile dokładnie osób zginęło w poszczególnych wsiach i w jaki sposób zostali oni zabici. Nie komentuje już tego, po prostu zacytuje. “Okrucieństwo komentuje się samo” 

Wspomina Krzesimir Dębski – muzyk, dźwiękowiec filmowy, autor książki “Nic nie jest w porządku, Wołyń 1943” 

Artykuł napisał Jacek Furman 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ