Czekanie na przełamanie

0
177

                   Piszę te słowa po rozegraniu przez piłkarzy Stalówki czterech meczów drugoligowych w sezonie 2019/2020. Stalowowolscy kopacze skórzanego przedmiotu w tych meczach zdołali uciułać jeden punkt remisując „u siebie” z Gryfem Wejherowo, zdobywając łącznie trzy gole i tracąc aż jedenaście. Pamiętając dokonania w ubiegłym sezonie, które tylko wzmogły sportowe apetyty na obecne rozgrywki, nie tego oczekiwano. Po czterech kolejkach w Stalowej Woli pali się czerwona latarnia – Stal okupuje ostatnie miejsce w tabeli. To powód do niepokoju, ale czy do czegoś więcej ?
Piłka nożna wydaje się dość prostą dyscyplina sportu, w której gra po jedenastu ludzi a zadaniem jest umieszczanie piłki w bramce przeciwników, ale i obrona swojej. Najprościej ujmując, z tego rodzą się wyniki. Jeżeli już wejdziemy w trochę konkretniejsze szczegóły, to bardzo dużo zależy od okresu przygotowawczego, kondycji, dynamiki i siły fizycznej, taktyki i organizacji gry oraz …psychiki. Tyle podstawowych czynników strony sportowej, lecz nie jedynej w tym szerokim zagadnieniu.
Patrząc na grę stalowowolan, niektóre słabe strony widać jak na dłoni, ale z czego się to wszystko bierze, nie jest już tak oczywistą sprawą.
W porównaniu z poprzednim sezonem w każdej formacji drużyna zanotowała poważna straty. Odszedł stoper Grzegorz Janiszewski, który poczynał sobie z meczu na mecz coraz lepiej. Widać i słychać go było na swoim przedpolu, zwłaszcza gdy wydzierał się ile fabryka daje serwując wskazówki swoim kolegom po bokach i w przodzie. W razie stałych fragmentów wędrował w pole karne rywali robiąc tam nie tylko siwy dym, ale strzelając parę ważnych bramek.
W pomocy nie ma już nieodżałowanego Michała Trąbki. Gość bił formą tą ligę na łeb i na szyję Wiadomo zatem było, że musi w tym układzie grać co najmniej o klasę wyżej. Wylądował w ekstraklasie. Świetne stałe fragmenty, perfekcyjne prowadzenie gry w środku pola, rajdy do przodu, w lewo, w prawo i do tyłu, ogrom kółeczek aż do momentu podania otwierającego drogę partnerowi do bramki i mnóstwo innych walorów nie uszło uwadze ekstraklasowych skautów. Piłkarz był w naszym klubie nie do zatrzymania, a o podobnego stylem i umiejętnościami następcę będzie trudno.
Wreszcie linia ataku. Choć Adrian Dziubiński był pomocnikiem, jesienią już co mecz strzelał bramki jak na zamówienie. Po rajdach, po dograniach, po indywidualnych akcjach, po rzutach karnych. Kontuzje nie pozwoliły temu piłkarzowi na więcej i wiosnę miał taką sobie, jak zresztą cała drużyna. Dzisiaj pewnie by się przydał.
Nie zapomnijmy jeszcze o jednym zawodniku. Sebastian Łętocha w poprzednim sezonie poczynał sobie nieźle, choć własną sylwetką raczej wzbudzał irytację niż szacunek. Z ambicją momentami też było różnie. Jednak miał swoje wejścia. Tak jak w wyjazdowym meczu dżdżystą jesienią w Bełchatowie, gdy zawodnicy Stali po dobrym początku rozgrywek spuścili z tonu i przez kilka meczów nie mogli strzelić gola, o zwycięstwach już nie mówiąc. Wówczas, kiedy kibice pierwszoligowego już dzisiaj PGE Bełchatów nakładali czapki na głowy i niezbyt zadowoleni z wyniku remisowego swojego zespołu kierowali kroki do wyjścia ze stadionu, a sędzia spoglądając na zagarek nosił się z zamiarem zakończenia spotkania, Łętocha zrobił coś niemożliwego. Do półgórnego dośrodkowania skoczył szczupakiem do piłki, wsadził głowę między trzech obrońców i dał w ostatniej chwili zwycięstwo w jaskini lwa, które na trwałe podbudowało morale stalowowolskiej drużyny. Kibice zakładający czapki musieli je zdjąć z powrotem w geście szacunku do Łętochy i do Stali, sędzia zamiast zagwizdać trzy razy na zakończenie meczu wskazał na środek boiska, a na zegarku musiał jeszcze dla zasady te kilkadziesiąt sekund dołożyć. By następnie z czystym sumieniem oznajmić zwycięstwo piłkarzy ze Stalowej Woli. To był przełomowy, kulminacyjny moment. Stal już do końca jesieni prezentowała się bardzo dobrze, najczęściej zwyciężając, a przede wszystkim strzelając dużo goli. Może i ten Łętocha teraz byłby już guzik wart, ale prawdę mówiąc dublera w takim lub lepszym wydaniu nie widać.
Dzisiaj nie ma w zespole wymienionych zawodników, a ci nowi jeszcze nie grają to co powinni. Patrząc na grę, mamy nie zawsze pewnego któregoś z bramkarzy, dziewięciu pomocników, pół obrońcy i pół napastnika. Jakby nie wszyscy rozumieli swoje zadania na boisku. W niemal wszystkich spotkaniach Stal prowadzi grę, jest zdecydowanie dłużej przy piłce od rywali, stwarza niesamowitą ilość sytuacji, po których nie ma wykończenia. Z kolei formacja defensywna powiedzmy gra tak, że Boże broń by przeciwnicy przejęli piłkę. Od razu rodzi się sytuacja podbramkowa dla nich i często zielono – czarni tracą gole.
Jaki kierunek więc obrać, by zmienić to niekorzystne zjawisko ? Pocieszać się, że to jeszcze 30 meczów do rozegrania i jeśli nie zaraz, to niedługo później drużyna zacznie wygrywać to ryzyko. W tym układzie to rywale mogą odjechać i uciekną mrzonki nie tylko o czołówce tabeli, ale wrócimy do dramatycznej walki tak jak parę sezonów z rzędu o utrzymanie.
Zmienić trenera czy przegonić asystentów ? To taka polska zboczona normalność. Łatwiej wymienić trenera, niż wymienić 11 zawodników bądź całą kadrę, albo nimi wstrząsnąć. W naszej klubowej piłce trenera zmienia się po dwóch, trzech przegranych meczach. W angielskiej piłce Alexa Fergusona czy Arsena Wengera zatrzymywano na ławce trenerskiej kilkanaście lat. Bez względu na to, jak beznadziejnie grał momentami Manchester United czy nie mający od lat spektakularnych sukcesów i dostający sromotne baty od najlepszych Arsenal Londyn. I wystarczy dziś popatrzeć, gdzie jest angielska piłka klubowa, a gdzie polska. Anglicy w całości obsadzają swoimi drużynami oba majowe finały europejskich rozgrywek, w tym elitarny Ligi Mistrzów. Z kolei piłkarze naszych drużyn w walce z europejskimi kopciuszkami potykają się w meczach rund wstępnych o własne nogi. I jeszcze dobrze się te europejskie puchary nie zaczną, pod koniec lipca, góra w sierpniu już nas w tym towarzystwie nie ma. Nie tędy droga.
Zastanowić się należy, czy buńczucznymi zapowiedziami środowisko związane z piłkarzami Stalówki nie nakręciło siebie i nie zakręciło piłkarzami. Jak dobry poprzedni sezon, to ten musi być jeszcze lepszy. Nie walczyliśmy o utrzymanie w lidze, to już teraz trzeba o awans powalczyć. Zbliża się do końca oddanie stadionu po gruntownej modernizacji, a w zasadzie budowie, musimy zagrać w I lidze. Oczywiście, że tego jako kibice chcemy i kiedyś musimy. Jednakże przez samo chciejstwo możemy się obudzić z ręką w nocniku.
Rozumiem marzenia ludzi, którym piłka nożna w Stalowej Woli na sercu. 10 lat bez zaplecza ekstraklasy, bez piłki na przyzwoitszym poziomie, to szmat czasu. A te dzieje, co to Stal nadawała ton rozgrywkom starej II ligi i pomiędzy nimi przez cztery sezony grała w ekstraklasie, wciąż wielu ludzi ma przed oczyma. I jeszcze w dalszym ciągu spora grupa wielbicieli Stali z tamtego okresu do poruszania się po świecie nie musi używać laski.
Lepszy czas trzeba z werwą, ale też odpowiednim spokojem odpowiednio przygotować. Wiele firm przekonało się na własnej skórze, iż łatwiej zbudować piękny, funkcjonalny stadion, niż dobrą drużynę. Może niekoniecznie nasz, bo ten stalowowolski budowany jest 10 lat. Gdzie indziej stadiony powstawały szybciej, a dobrej drużyny jak nie było tak nie ma. W niedalekim Lublinie, mieście ponad 5 razy większym od Stalowej Woli, na nowoczesnym stadionie odbywają się mecze III ligi. Na „perełce” Widzewa w Łodzi wizyta naszej Stalówki to wydarzenie roku chyba. A przecież nie jesteśmy ani Liverpoolem, ani Juventusem.
Niedawno na 40-tysięczniku w Gdańsku oraz Wrocławiu grały drużyny, którym groził realnie spadek z ekstraklasy, a na trochę mniejszej arenie na Reymonta w Krakowie mało brakowało, aby drużyna znikła ze sportowej mapy. Takie przypadki są niemal w każdej europejskiej lidze, takie przykłady można mnożyć.
Nie czas na rewolucje. Trzeba podgarnąć to co było do tej pory, wyciągnąć wnioski i stawić czoła kolejnym przeciwnikom. Nie liczyć na zbawców, bo tacy nie nadejdą. W sztabie trenerskim są ludzie, u których bije stalowe serce. Czy Paweł Wtorek, czy to Tomek Wietecha, czy inni, biegając jeszcze po boisku robili dla tego klubu co mogli. Ten pierwszy już jako trener objął drużynę kilka lat temu, gdy z zespołu piłkarskiego zrobił się zlepek załamanych ludzi, którzy ze spuszczonymi głowami wychodzili na boisko, nie wiedząc bardzo w jakim celu to czynią. Przyszedł Wtorek, w kilkanaście dni to poukładał, drużyna zaczęła grać efektownie i skutecznie i w cuglach obroniła II ligę. To wszystko tymi samymi zawodnikami, co to chwilę wcześniej do niczego się nie nadawali. Podobnie było zeszłej jesieni, kiedy w pewnym momencie drużyna Stali stanęła i nie szło już nic, a krótka ławka rezerwowych coraz mocniej dawała się we znaki. Ponownie w sztabie pojawił się ten sam Wtorek i w drużynę wstąpiły nowe siły. Dodatkowo okazało się, że naprawdę jest kim grać. Z dalszej części jesiennych rozgrywek wszyscy w naszym piłkarskim środowisku byli zadowoleni.
Dzisiaj umiejętności boiskowe to jedno, a psychologia to drugie. Być może faktycznie winien pojawić się fachowiec, który zajrzy do czerepów naszych graczy i rozezna o co chodzi, kładąc może akcenty emocjonalne w jakimś innym zakamarku. Jednak jestem przekonany, że Wtorek i reszta sobie z tym poradzą.
Piłka nożna nie jest taka prostą grą jak się komuś wydaje. To nie tylko gra na boisku, ale na wielu innych płaszczyznach. Historia pokazuje, że największe sukcesy Stalówki – pierwszy ekstraklasowy awans w 1987 roku oraz jedyne dotąd utrzymanie w elicie w 1994 roku – też przychodziły z bólem. Zaczynaliśmy sezony od porażek i również od ostatnich miejsc w tabeli. W tym drugim przypadku już nawet połowa rundy jesiennej była, jak ostatniej Stali Stalowa Wola nikt nie dawał szans na opuszczenie strefy spadkowej. Wtedy Władysław Szaryński, a zwłaszcza Adam Musiał, robili wielkie rzeczy.
Trzeba więc wyciągać wnioski, wziąć się w garść i budować to ciężką pracą, jednak w oparciu o realizm i rozsądek, nie apetyty i pompowanie balona ponad granice możliwości. Do sukcesów prowadzi wyboista droga w różnych dziedzinach, a w sporcie w szczególności.
                                                                                                    Krzysztof Szkutnik

ZOSTAW ODPOWIEDŹ