Koniec zwieńczył dzieło

0
128
Polska - Włochy 0-1, 14.10.2018

                         W trzecim swoim meczu Dywizja A ligi Narodów polscy piłkarze przegrali w Chorzowie z reprezentacją Włoch 0-1 (0-0). Bramkę w doliczonym czasie gry strzelił nam Cristiano Biraghi w doliczonym czasie gry (90+2 min.) Polacy po wodzą nowego selekcjonera Jerzego Brzęczka nie tylko nie zawojowali pierwszej edycji nowych rozgrywek, lecz praktycznie tym starciem stracili szansę na pozostanie w najwyższej klasie rozgrywkowej.

                     Dotychczasowe wyniki naszej grupy Ligi narodów ułożyły się w taki sposób, że już w połowie zmagań wiadome było o co zagrają w bezpośrednim meczu Polacy z Włochami. Stawką meczu – po porażkach jednych i drugich z Portugalią – było pozostanie w Dywizji A.

Italia przyleciała do Chorzowa z mocnym postawieniem zwycięstwa i ta sztuka udała się rywalom, chociaż dopiero w ostatniej akcji meczu. Było to całkowicie zasłużone zwycięstwo trójkolorowych, którzy byli ekipą znacznie lepiej grającą od biało-czerwonych. Pomysłem selekcjonera Brzęczka na to spotkanie było ustawienie 1-4-3-1-2 z sześcioma graczami biegającymi na co dzień po boiskach ligi włoskiej. Brakło tylko Krzysztofa Piątka, który od pewnego czasu strzela bramkę w każdym meczu. Tym razem według koncepcji szkoleniowca nasz egzekutor mógł straszyć przeciwników jedynie obecnością na ławce rezerwowych. Włosi z pewnością – gdyby tylko posiadali w swoich szeregach takiego zawodnika – na taki manewr by sobie nie pozwolili. Ten eksperyment nie wypalił, pomijając obsadę bramki, w której zwijał się jak w ukropie Wojciech Szczęsny. Zawodnik Juventusu rozegrał fantastyczne spotkanie, a dzięki jego interwencjom zachowaliśmy w I połowie gry czyste konto. Gdyby Włosi prowadzili do przerwy 2 lub 3-0, nikt by do naszego bramkarza nie mógł mieć pretensji. Wprawdzie Szczęsnemu aż dwukrotnie w sukurs przyszła poprzeczka, lecz to w żadnym stopniu nie umniejsza zasług naszego bramkarza w tej pierwszej części pojedynku, w którym niepodzielnie rządzili nasi przeciwnicy.

W II połowie obraz gry nieco się zmienił. Na tyle, że już rywale z południa Europy nie mieli tylu dogodnych sytuacji. Co prawda w dalszym ciągu mieli dużą przewagę w operowaniu piłką, lecz polska obrona była bardziej szczelna. Ponadto biało – czerwoni szukali szans w kontratakach, a argumentami były oba skrzydła w postaci Kamila Grosickiego i Jakuba Błaszczykowskiego. W 58 min. właśnie Grosicki doszedł do dobrej sytuacji strzelając z ostrego kąta, jednak dobrze ustawiony bramkarz nie dał się zaskoczyć. W 73 min. Polacy mieli wielką swoja niepowtarzalną szansę. Robert Lewandowski dostrzegł wychodzącego na czystą pozycję Grosickiego, a ten strzelił zza pola karnego, chcąc złapać włoskiego bramkarza na wykroku. Nieprecyzyjne uderzenie lecące do środka bramki zostało przez golkipera odbite, ale za moment zamykający akcję Arkadiusz Milik dopadł piłkę, minął obrońcę i na 8 metrze przed bramką mógł się pytać zdezorientowanego stróża włoskiej bramki, w którym rogu umieścić piłkę. Nasz napastnik huknął ile sił w nodze, a piłka przeleciała nad bramką. Podobne sytuacje na tym poziomie zdarzają się  rzadko.

Czary goryczy dopełnił doliczony czas gry. Polscy obrońcy mentalnie  byli już w szatni z satysfakcjonującym wynikiem bezbramkowym, kiedy włosi egzekwowali rzut rożny. Dobra wrzutka, przedłużenie piłki na dalszy słupek, a tam już włoski napastnik dopełnił formalności. Szczęsny nie miał żadnych szans, gdyż stanęła nasza obrona. Polscy piłkarze myśleli o niebieskich migdałach. Wystarczyło zrobić pół kroku naprzód, by złapać wchodzącego napastnika w pułapce ofsajdowej. Uczciwie trzeba spuentować, że nasi zawodnicy w tym meczu na żaden punkcik nie zasłużyli. Podobnie jaki nie zasłużyli na nic innego jak na ostatnie miejsce w tej swojej dywizji. Poza pierwszą wyrównaną potyczką w wyjazdowym meczu na Półwyspie Apenińskim, reprezentacja Polski nie dorównywała rywalom. Wtedy był dobry prognostyk, aczkolwiek pierwsza jaskółka wiosny nie czyni. Może dlatego, że mamy dopiero kilka tygodni astronomicznej jesieni. Dlatego koniec tej pierwszej edycji Ligi Narodów jest taki, na jaki selekcjoner i piłkarze zasłużyli.

                                                                                    Krzysztof Szkutnik

ZOSTAW ODPOWIEDŹ