ZARZECCY AKOWCY

0
147

Gdzie przebywają akowcy z Zarzecza

Zarzecze jest dużą wsią położoną na wysokim brzegu Sanu, zaledwie 6 kilometrów od Niska. W środku wsi w stronę Biłgoraja znajduje się nowo zbudowana parafia pod wezwaniem Matki Boskiej Śnieżnej. Obok stoi stara drewniana świątynia przeniesiona w latach dwudziestych XX wieku, notabene z Jeżowego, dużej wsi odległej o 24 kilometrów od Zarzecza.

Kim byli akowcy z Zarzecza

Antoni Szoja pod pseudonimem “Brzoza” zginął zostając zastrzelony przez Niemców w marcu roku 1943 w Nisku w trakcie przewożenia prasy podziemnej, jego brat Józef Szoja “Kalina” po zadenuncjowaniu zostaje w Nisku zastrzelony przez gestapo. Obaj byli jednymi z pierwszymi członkami podziemnego ZWZ ( Związek Walki Zbrojnej), późniejszej Armii Krajowej. Niemcy w październiku 1943 roku aresztują w Leżajsku dwóch członków AK; Władysława Działę “Dziad” i Jana Stelmachowicza “Wilczur” zarzucono im zarzut sabotażu. Umieszczono ich w siedzibie Sądu Grodzkiego. Po nich miało przyjechać gestapo z Jarosławia. Aby nie dopuścić do przesłuchania, a zwłaszcza Stelmachowicza który sporo wiedział o akowskiej siatce działającej na ziemi leżajskiej, Komenda AK obwodu Łańcuckiego, w którym znajdował się okręg Leżajsk, podejmuje decyzję o odbiciu więzionych. Akcją miał poprowadzić patrol Kedywu (Kierownictwo Dywersji) z obwodu niżańskiego dowodzony przez por. Stanisława Jazdowskiego pseudonim “Ryś” z Szarzyny. Dnia 19 października 1943 roku w godzinach rannych żołnierze niżańskiej dywersji w składzie: Edward Sitarz “Leszek”, Ryszard Młynarski “Aleksander”, Tadeusz Pacyna “Borowik”, pod dowództwem “Rysia” (Stanisław Jazdowski), przystąpili do akcji na niemiecki areszt żandarmerii w Leżajsku. Akcja przebiegała zgodnie z planem, przed budynkiem sądu , po drugiej stronie na chodniku od strony miasta stanął “Leszek” (Edward Sitarz), miał on zadanie ubezpieczenia działań na terenie budynku, a gdy usłyszał strzały w budynku, miał obowiązek zlikwidować wartownika aby ułatwić kolegom ewakuację z sądu. “Borowik” został przy wejściu do klatki schodowej która wiodła do samego aresztu. “Ryś” i “Aleksander” weszli do budynku i po schodach udali się na pierwsze piętro w którym znajdował się areszt. Przebywającego tam strażnika więziennego sterroryzowali, uwolnili z celi więziennej Działę i Stelmachowicza, sterroryzowanego wcześniej strażnika zamknięto w celi gdzie wcześnie siedzieli Działa i Stelmachowicz. Bez jednego strzału akowcy oddalili się od miejsca akcji. Potem Stelmachowicz w obawie przed represjami dokonanymi przez Niemców musiał się ciągle ukrywać i w ten sposób się znalazł w oddziale partyzanckim “Ojca Jana” (Franciszek Przysiężniak). Wykonawcy akcji uwolnienia też sami musieli swój teren, bo mogliby zostać w bardzo łatwy sposób rozpoznani, zwłaszcza że ta akcja była przeprowadzona nie w nocy a w dzień. Pierwszy został rozpoznany Sitarz. Wszyscy wyjechali w ziemie Miechowskie i znaleźli się w miejscowym oddziale partyzanckim, dokładnie byli oni w oddziale “Skrzetuski”. Edward “Leszek” Sitarz i Stanisław “Ryś” polegli w czasie potyczki z Niemcami 16 sierpnia 1944 roku w Górach Miechowskich. Obaj są pochowani na cmentarzu w miejscowości Słaboszów. Miał zaledwie dwadzieścia lat gdy umarł, został dwukrotnie oznaczony Krzyżem Walecznych oraz Orderem Virtuti Militari, Srebrnym krzyżem z Mieczami i krzyżem partyzanckim.

Antoni Sroka, Wojciech Maziarz i masowe aresztowania akowców przez NKWD.

Antoni Sroka– pseudonim “ Leszczyna” był również członkiem Armii Krajowej, dostaje się w ręce Niemców w czasie pacyfikacji Zarzecza dnia 10 lipca 1943 roku. Wówczas w tym dniu w Zarzeczu wyłapano ponad stu pięćdziesięciu. Większość z nich skierowano do obozów pracy. Sam Sroka trafił do ośrodka Peenemunde( Była to wytwórnia rakiet dla Wehrmachtu) na wyspie Uznam, gdzie był zmuszony podobnie jak inni pojmani do pracy przy zakładach produkujących pociski rakietowe. W nocy z 17 na 18 sierpnia 1943 roku lotnictwo alianckie zbombardowało zakłady, poligon i obóz, zginęło wówczas wielu mężczyzn wziętych do przymusowych robót w III Rzeszy wśród nich był Antoni Sroka.

Wojciech Maziarz- akowiec pod pseudonimem “Modrzew” przeżył pięcioletnią okupację niemiecką, ale gdy do Zarzecza weszli Sowieci w dniu 26 lipca 1944 roku- NKWD rozpoczęła w sierpniu polowanie na członków podziemnych organizacji nie związanych z komunistami. Dla członków Armii Krajowej rozpoczął się nowy akt dramatu, Maziarz chcąc uniknąć aresztowania zaciąga się do II Armii Wojska Polskiego podporządkowanej przez Sowietów i Polski Komitet Wyzwolenia Narodu (PKWN). Po krótkim przeszkoleniu został wysłany na front zginął w walce z Niemcami pod Dębicą. W ściganiu swój udział mieli sympatyzujący z komunistami mieszkańcy Zarzecza. W sierpniu 1944 roku Stanisław Dudzic który współpracował z NKWD, aresztował członków AK: Józefa Szubę, Franciszka Szoję, Józefa Możdrzecha, Stanisława Nadzieję zamknął ich w chlewie, gdzie jednak udaje się im zbiec. Zaczęły się więc masowe przesłuchania, szczególnie często był przesłuchiwany Franciszek Szoja- był jeden z czołowych zarzeckich członków ZWZ i AK.

Franciszek Szoja- Urodził się w roku 1900 w Zarzeczu w rodzinie rolników- Bartłomieja Szoję i Marii z domu Maziarz. Szkołę powszechną ukończył w Zarzeczu w roku 1913. W czasach II Rzeczypospolitej ukończył kurs sekretarzy gminnych, następnie zaś został sekretarzem w Urzędzie Gminy Zbiorowej w Nisku. Tę funkcję pełnił na początku okupacji niemieckiej. Jeszcze przed wojną będąc stryjem Antoniego i Józefa wspierał ich materialnie w czasie nauki i studiów. Był jednym z współorganizatorów działaniu ZWZ i AK na terenie Zarzecza. W Zarzeczu konserwowano, gromadzono i ukrywano broń do celów odwetowych, kolportowano nielegalną prasę podziemną, wkrótce także zorganizowano zakazany przez okupanta nasłuch radiowych alianckich stacji. Po wejściu Armii Czerwonej NKWD przesłuchiwało go wielokrotnie chcąc, aby wydobyć informację na temat AK. Został zastrzelony przez Sowieckiego żołnierza w czasie prac polowych. Przed swoją śmiercią powiedział, że NKWD pytało o ludzi związanych z Armią Krajową w Zarzeczu, ale nic im nie powiedział, bo obowiązała go przysięga Armii Krajowej.

Józef Możdrzech “Góral”– Był postacią bez wątpienia tragiczną. Urodził się w roku 1914 był synem Jana Możdrzecha i Rozalii z domu Szoja- także rolników z Zarzecza. Szkołę powszechną ukończył jak Franciszek Szoja w Zarzeczu, a maturę uzyskuje w Janowie Lubelskim. W 1937 roku został powołany do Szkoły Podchorążych Rezerwy przy 5 pułku Strzelców Podhalańskich. Po zakończeniu służby wojskowej przed wybuchem wojny pracował w Zakładach Południowych w Stalowej Woli. Zmobilizowany do wojska w sierpniu 1939 roku, a miesiąc później brał udział w kampanii wrześniowej w stopniu kaprala podchorążego. Po zakończeniu wojny obronnej zdołał uciec z niemieckiej niewoli, powrócił do Zarzecza i pracował w gospodarstwie rolnym rodziców. Zwerbowany przez Antoniego Szoję do Armii Krajowej, pełnił tam funkcję dowódcy plutonu. W jego domu znajdował się punkt przebitkowy prasy konspiracyjnej. Po wkroczeniu Rosjan jako członek Armii Krajowej przez dłuższy czas się ukrywał. Usiłowały go schwytać NKWD i Milicja Obywatelska.

Stefania Patrzyk z domu Możdrzech siostra wspomina po latach:

Na mojego brata milicja polowała od dłuższego czasu. Kiedyś strzelali za nim. Wiedział że musi się ukryć. Milicja kilka razy nachodziła nasz dom koło Zarzecza szukając Józka, ale on ukrywał się w specjalnym bunkrze, trudnym do wykrycia. Tam też powielało się za okupacji i za Sowietów gazetki. Siedział w bunkrze chyba ze trzy tygodnie, jak przyszła do nas taka brunetka, która chciała się widzieć z bratem. “Nie wiemy, gdzie jest”- takeśmy jej powiedzieli. Później gdy powiedzieliśmy mu że pytała o niego, zapłakał. “Wiedziałby co zrobić”-powiedział. Zabrał wtedy swoje rzeczy, spakował i zakopał. Powiedział, że musi się zgłosić za Wisłę. To było w niedzielę, ubrał się, umył i powiadał “Wyjdę i zaraz wrócę”. Wyszedł i za jakąś godzinę przyjeżdża samochód z NKWD. Było z ich dwudziestu. Rewidowali bardzo dokładnie, każdy z domowników musiał stać osobno. Szukali wszędzie, nawet na strychu. Wtedy Sowieci powiedzieli, że brat jest już aresztowany. Koniecznie chcieli dowiedzieć się, gdzie radiostacja, broń, amunicja, pytali się wciąż o działko przeciwlotnicze. Bardzo pobili w czasie rewizji mojego ojca Jana Możdrzecha . Bili go enkawudziści kolbą karabinu, chcąc zmusić do wskazania miejsca, gdzie ukryta broń, którego nikt przecież nie widział. Wyprowadzili nas z domu, tato klęknął, mama obok również klęknęła. Siostra Julia wzięła za ręce mojego starszego synka, miał wtedy cztery lata, ja wzięłam na ręce rocznego Józefa. Siostrze wyrwał się Jerzyk i przypadł do dziadka, bardzo go lubił. I szlocha: “tatę też zabiją… i ciebie zabiją…. i mnie zabiją” I wtedy taki jeden starszy Sowiet, który tylko patrzył i obserwował co się dzieje, krzyknął na enkawudzistów i oni momentalnie na platformę samochodu wskakiwali. Wziął matkę i ojca do domu i powiada: “ Ja z Sybira-Sybirak, ja togo nie zdiełał”. Powiedział- to wasi ludzie. Ojciec umiał czytać po rosyjsku, był w rosyjskiej niewoli w czasie pierwszej wojny światowej. Sowiet wyciągnął z teczki, dowiedział się, kto na nas doniósł. Pamiętam, że jednym z nich był Dudzic Stanisław zwany Pykacem, Pałka Józef, przezywany Czarnotka, jakiś jeden z Pysznicy i jeden z Kłyżowa. Jak trwała rewizja, to tutejsi czerwoni rabowali nasz dom, wzięli nam cztery krowy, sprzęt, jaki tylko był, nawet pieluszki. Na drugi dzień pobiegłam do Dudzica, on leżał w łóżku. Tylko się uśmiechnął. Jak wyszłam z domu Dudziców, pamiętam , że bardzo płakałam. Po kilku dniach przyjechała milicja i znowu rewizja. Obrabowali nas doszczętnie, nawet kocyk dziecku zabrali. Brata wtedy trzymali w Pysznicy, w stajni zamienionej na więzienie, a później wywieźli go do Rudnika. NKWD było jeszcze raz u nas, szukali broni, w czasie rewizji chcieli zgwałcić siostrę, próbowali oderwać ode mnie dziecko, żeby mnie zgwałcić. Ale nie dałam dziecka, a siostra uciekła na strych i za sobą wciągnęła drabinę. Przez dwa tygodnie nas pilnowali, nie wolno było nawet sąsiadom podejść do naszego domu. Potem dowiedziałam się od Staszki Sobiłowej , że w Rudniku są bunkry, w których Sowieci trzymają ludzi. Powiada do mnie, żeby tam pojechać,” może brata zobaczysz, jak nie zabity”. Na Targowicy były bunkry. Plac wysoko ogrodzony drutem kolczastym. Dookoła Sowieci cały czas pilnowali. Według mnie było tam sześć dołów, w których trzymano naszych ludzi. Przy placu stał dom, jego mieszkańców wykwaterowano do jednego pokoju, a pozostałe zajęli Sowieci. Tu odbywały się przesłuchania. Udało mi się dostać, do mieszkania, z którego był widok na te bunkry. W jednym pokoju masa ludzi, dzieci małe… Patrząc na plac kołysałam jakieś dziecko. Powiedzieli , że jak zachodzi słońce , to wyprowadzają ich do laktryny. I tak było. Ruski wartownik odsunął nogą deskę, spuścił w głąb drabinę. Wyszli więźniowie, nie pamiętam, pięciu czy sześciu. Ale brata wśród nich nie było. Potem, gdy ci z pierwszego dołu załatwiali swoje potrzeby, przyszła kolej na drugi dół. I z tego jako pierwszy wyszedł mój brat . Chciałam stukać w okno, ale gospodyni , widząc mój zamiar, przewróciła mnie, żebym broń Boże nie zastukała w szybę. Tak się bała . Więcej ludzi w tej izbie, ktoś powiedział, że ten wysoki, to znaczy mój brat, bardzo cierpi. “ Widać go męczą, bo ledwie żywego wyprowadzają. “Brata zbito już wcześniej, w Pysznicy, wybili mu zęby i oko”.

Józef Możdrzech został aresztowany w domu swojej narzeczonej. Nie bronił się, mimo że posiadał przy sobie broń. Nie chciał narażać swoich najbliższych na represje, a nawet ich śmierć. Nie udało się dokładnie ustalić miejsca i okoliczności jego śmierci. Stanisław Szkutnik uważał, że mógł zginąć w łagrze w Borowiczach, tak mu jeden z łagierników oświadczył. Być może zginął w Turzy niedaleko Sokołowa Małopolskiego, albo jak inny akowiec Tadeusz Socha niedaleko Klimontowa. Losy jego niczym się nie różnią od losów innych akowców aresztowanych i później zabitych przez NKWD.

Artykuł napisał Jacek Furman.

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ