W historii rozegranych dotychczas  piłkarskich mistrzostw świata reprezentacja Polski dwukrotnie doprowadziła do euforii mieszkańców kraju nad Wisłą, zdobywając brązowe medale. Trzeciego takiego osiągnięcia nie doczekaliśmy się, za to jesteśmy w historii mistrzostw jedyną ekipą, która trzykrotnie wygrywając swój ostatni mecz, trzy razy musi z turniejem się żegnać. Na dzisiaj mamy marne pocieszenie, że nasza narodowa drużyna jest mistrzem świata… w meczach o honor.

Jeżeli w ogóle honorem można nazwać pożegnalny mecz z Japonią wygrany 1-0 po strzale debiutującego w mistrzostwach Jana Bednarka. Do tego ostatniego meczu przystąpiliśmy po raz kolejnymi ze sporymi roszadami w składzie. Grając już bez ciężaru gatunkowego, przeprowadziliśmy kilka składnych, szybkich akcji, a niektóre z nich mogły przypaść do gustu. Na przykład ta, kiedy po strzale Kamila Grosickiego japoński bramkarz w ostatnim momencie wyłapał piłkę. Markowe było również zagrania, gdy padła jedyna bramka meczu. W tym spotkaniu nasi zawodnicy poruszali się żwawiej, oddając kilka strzałów, z których naprawdę mogło coś więcej wyniknąć.

To co się wydarzyło jednak w ostatniej fazie meczu, wszelkie jego pozytywne fragmenty przysłoniło. Przez ponad 6 minut, aż do końcowego gwizdka sędziego obie drużyny postanowiły już nie walczyć, gdyż jedną i drugą ten wynik urządzał. Przy akompaniamencie solidnych gwizdów Japończycy rozgrywali sobie piłkę przy linii środkowej boiska, a Polacy nie próbowali jej przejąć. Takie zakończenie rozgrywek w tej grupie nie miało nic wspólnego z mistrzostwami świata, z piłką nożną też. Niestety z sensem rywalizacji i sportem również. Dlatego z tego spotkania najchętniej zapamiętamy wynik oraz ulgę, że z mistrzostw nie wracamy z niczym. Jednakże przez tę nietypowa końcówkę meczu, znów naraziliśmy się na krytykę nawet po zwycięstwie. Niepocieszony sytuacją jest prezes PZPN Zbigniew Boniek, ale inni znawcy rodzimego futbolu też nie przebierają w komentarzach. A jeśli tak, niczego lepszego nie usłyszymy także od zagranicznych komentatorów.

W 1980 roku na Letnich Igrzyskach Olimpijskich organizowanych przez Związek Radziecki, w trakcie zawodów lekkoatletycznych cały sportowy świat zadziwił nasz tyczkarz Władysław Kozakiewicz. Zdobył złoty medal olimpijski, pobił rekord świata oraz zaprezentował gest, nad którym rozkoszowały się telewizja i prasa z całego świata za wyjątkiem Polski i ZSRR. Po blisko 38 latach od tamtego wydarzenia może marzyliśmy o podobnych momentach, ale udział w wielkiej imprezie kończy się tak, że wolelibyśmy, aby się naszymi reprezentantami nie zajmowano.

W narodzie dominuje przygnębienie a nawet rozpacz, lecz to jeszcze można zrozumieć. Miało być piłkarskie święto i powtórka atmosfery z Euro 2016, kiedy rodacy z dumą przeżywali występy naszych i autentycznie cieszyli się z wielu pięknych momentów. Wówczas jeśli ktoś nawet zamiast w trakcie meczu przed szklanym ekranem, zaplątał się na ulicy lub osiedlu między blokami lub domami i tak wiedział co się dzieje. Wtedy największy piłkarski laik nie przeszedł obojętnie nad okrzykiem „jeeeeeeest”, bo wiedział że to biało-czerwoni strzelili gola. A zdarzało się, że tacy co to normalnie ze sportem i piłką są na bakier, pędzili tam gdzie telewizyjny przekaz na zapalenie płuc, by załapać się jeszcze na powtórkę. To był wyraz naszej postawy, narodowej dumy, eksplozji radości.

Dziś część rodaków ani się nie smuci, ani nie robi problemu. Postawa Polaków jest okazją do krytyki, żartów, drwin i kpin. O ile konstruktywna krytyka we wszystkich sferach społecznych jest jak najbardziej wskazana, a dobry żart na odpowiednim poziomie służy rozładowaniu napięcia i prowadzi do lepszego samopoczucia, tak cała reszta jest nie na miejscu. Sport nie jest bowiem dziedziną, w którejś się tam komuś od życia coś należy. Kto tego „chleba” na jakimkolwiek poziomie skosztował, wie ile trudu i wyrzeczeń trzeba przyjąć, by móc w ogóle powalczyć z przeciwnikiem. A patentu na zwycięstwa nie ma nikt.

Przykładem jest reprezentacja Niemiec, która myślała o pobycie w rosyjskich hotelach do ostatniego dnia mistrzostw, a skończyło się na … ostatnim miejscu w grupie. Konia z rzędem temu, kto by jeszcze parę dni temu mógł przewidzieć, że wśród zaledwie czterech ekip europejskich, obok Polaków, Islandczyków i Serbów po raz ostatni w turnieju zagrają nasi zachodni sąsiedzi.

Pierwsza faza rozgrywek już z nami. W cuglach awansowały do kolejnej fazy, już pucharowej, reprezentacje Belgii, Chorwacji i Urugwaju, odnosząc same zwycięstwa. Kolejne drużyny to Brazylia i Francja, które nie zaznaczyły goryczy porażki na tym turnieju podobnie jak Portugalia, Hiszpania, Dania i Szwajcaria. Z tym że ci ostatni oraz ekipy z Półwyspu Iberyjskiego i Skandynawowie wygrali zaledwie po jednym meczu w grupie. Po dwóch zwycięstwach i jednej porażce w 1/8 mistrzostw znaleźli się gospodarze, Szwedzi, Meksykanie, Anglicy i nasi pogromcy Kolumbijczycy. W ostatniej chwili „spod topora” uciekli zawodnicy z Argentyny, a zwycięstwo nad Nigeryjczykami można uznać za szczęśliwe. W nieoczekiwanych okolicznościach kolejny mecz na mistrzostwach zagrają ostatni nasi przeciwnicy – Japonia. Gracze z Kraju Kwitnącej Wiśni nie mieli lepszych wyników od Senegalu, za to otrzymali mniej żółtych kartek i to w zupełności wystarczyło.

Dla nas więc pozostają emocje związane z rozpoczynającą się dziś drugą fazą mistrzostw i oczekiwanie do września na kolejne występy biało-czerwonych piłkarzy.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ