Dalej częściowo wolne ?

0
278
30 rocznica wolnych wyborów w Polsce

                   4 czerwca to data najczęściej kojarzona z jedynym w swoim rodzaju wydarzeniem. Minęło już trzydzieści lat od pierwszych wolnych, choć tylko częściowo wyborów w Polsce. Dlaczego tylko częściowo wolnych ? Takie były ustalenia oficjalnych obrad okrągłego stołu, które ów wybory poprzedziły.
                   Tego samego okrągłego stołu, który w mniemaniu społeczeństwa miał być błogosławieństwem na początek innej drogi nowoczesnego państwa. Takiego państwa, w którym każdy jego mieszkaniec poczuje się jak we własnym domu. Rzecz jednak w tym, ze poza komunikacją oficjalną istnieje ta nieoficjalna. Tak było wtedy, tak też czasem praktykuje się dzisiaj. Na rozmowach okrągłostołowych w centrum stolicy rokowań nie zakończono. Doszło jeszcze do sowicie zakrapianej dogrywki w warszawskiej Magdalence, której kulisy odsłaniano po czasie. Może dlatego w trakcie tych trzydziestu lat, w których przeciętny wyborca – mając czynne prawo do głosowania – mógł ponad 20 razy wrzucać swoje kartki z głosami do urn wyborczych, cały czas dominuje niedosyt.

Pierwsze wybory
Dotyczyły wybierania przedstawicieli Sejmu i Senatu. W układzie ilościowym pozostałym do dzisiaj, to znaczy 460 posłów i 100 senatorów. Z zasadniczą różnicą co do sposobu jednak. Okrągłostołowe ustalenia gwarantowały przedstawicielem poprzedniej PRL-owskiej władzy aż 65 % miejsc, więc społeczeństwo mogło powalczyć o te pozostałe 35 %. To dlatego te wybory były tylko częściowo wolnymi. Inaczej wybierano Senat. Tutaj walka o wszystkie 100 miejsc izby rozegrała się przy urnach wyborczych i zakończyła się klęską ekipy poprzedniego ustroju. Epoka przeszła więc do historii, a 62 % Polaków biorących udział w głosowaniu mogło patrzeć w przyszłość z poczuciem wykonanego obowiązku. Frekwencja dość wysoka , mimo iż na tamtą chwilę spodziewano się więcej. To jednak w zupełności wystarczyło, by komunistycznej władzy pokazać czerwoną kartkę i zapoczątkować nowe dzieje ustrojowe w Polsce.

Udział społeczeństwa w demokracji pośredniej i bezpośredniej
4 czerwca 1989 to data uruchamiająca wyborczą karuzelę. W demokracji bezpośredniej decydowano w kolejnych wyborach o kształcie organów władzy. Wybierano więc władze państwowe, władze samorządowe oraz po wejściu Polski do Unii Europejskiej, także europosłów. Ujednolicając wszystkie rodzaje wyborów, w głosowaniach dotychczas wzięło udział około połowy dorosłego społeczeństwa. To niewystarczająco zważywszy na to, że na różnych poziomach zwycięski układ tworzy się w oparciu o niewielki odsetek uprawnionych do głosowania. Bywało tak, że rządy sprawowały opcje, na które zagłosowało 20-30 % wyborców, a resztę stanowiła opozycja. Ta czynna, która przy urnach wyborczych u steru władzy widziała kogoś innego. Ta bierna również, bo przez 4 czy 5 lat mogła sobie pokwękać, że rządzą ludzie nie z ich bajki. Frekwencja wyborcza pozostawiała więc wiele do życzenia, ale na to też miały wpływ czynniki socjologiczne. Dużo gorzej wyglądał udział społeczeństwa w demokracji bezpośredniej, czyli udział w referendach, w których można wyrazić swoje zdanie. Problem polega na tym, że zaprezentowane zdanie może być zupełnie nieistotne z uwagi na niewiążący wynik referendum. Niewiążący to taki, w którym zbyt mała część uprawnionych do głosowania uda się do urn. W zależności od położenia na mapie kraju, tych referendów w różnych tematach było kilka. Odpowiedzi na pytania, głosowanie za odwołaniem samorządowego wodzireja. Niewiele z tych referendalnych akcji wypaliło. Testu demokracji bezpośredniej społeczeństwo nie zaliczyło, a jeżeli już to na „trzy z dwoma”.

Frekwencja wyborcza
Dojrzałość społeczeństwa demokratycznego może być mierzona frekwencją wyborczą. Czy to jest daleko idący wniosek, trudno jednoznacznie ocenić. Poza referendami w których Polacy wykazywali najmniejszą aktywność, słabą frekwencją odznaczały się też wybory do Parlamentu Europejskiego, w których uzyskać 25 % było sztuką. Na szczęście demokracji, lecz nie wszystkich ugrupowań ogólnie mówiąc, ostatnie wybory były dość efektywne pod tym względem. Blisko 46 % uprawnionych do głosowania urozmaiciło sobie niedzielę wizytą w lokalu wyborczym. Lepiej było jednak w wyborach parlamentarnych, kiedy wybieraliśmy przedstawicieli Sejmu i Senatu. Im mniej ugrupowań na liście wyborczej, tym większa frekwencja. Zupełnie przyzwoite frekwencje można było zaobserwować w batalii samorządowej. Więcej znanych kandydatur, rozszyfrowane dość dobrze lokalne komitety i dodające smaczku rywalizacji listy partii politycznych, które zawsze mogą liczyć na swoich amatorów. Trzeba coś więcej ? Przy urnach jest więc o wiele tłoczniej. Jeśli jeszcze za dwa tygodnie przyszło z dwóch kandydatów wybierać wójta, burmistrza bądź prezydenta, to dopiero frajda. Pozytywne postacie otrzymają wiele głosów swoich wyborców z samego rana, najpóźniej po kościelnej sumie. Jednak przy nazwiskach wielu postawi znak „X” nie z uwagi na sympatię, ale dlatego, że adwersarz jest bardziej znienawidzony i wyborcy głosują przeciwko niemu. Tacy też, mając do lokalu zwykle kilkaset metrów, z przywileju głosowania nie zrezygnują. Chyba że pioruny będą uderzały, wtedy wielu zacietrzewionych przeciwników ryzykować nie będzie. Podobnie rzecz ma się z wyborem prezydenta Polski. I tura wyborów jest najczęściej sprawdzeniem sił, ale też pokaźną rozgrzewką przed decydującą, II turą. Potem już często walka idzie na noże, a poza grupą swoich wyborców ważny jest poziom negatywnego elektoratu. Im mniejszy, tym lepiej. W tym wybieraniu głosujący nie „za” a przeciwko mogą rozstrzygnąć o wyborze prezydenta RP. W trzydziestoletniej przeszłości z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że przynajmniej raz taką sytuację mieliśmy…

Preferencje polityczne i polaryzacja
Tu się zaczynają prawdziwe, nieraz bardzo strome schody. Zanim dojdzie do tych faktycznych wyborczych rozstrzygnięć, mamy do czynienia ze zjawiskami od 30 lat przybierających na sile. Nieodzownym elementem serwisów informacyjnych w środkach masowego przekazu jest prezentacja preferencji politycznych. Ośrodki badania opinii publicznej coraz częściej przedstawiają sondaże, wykonywane zwykle na zlecenie ugrupowań politycznych. Rzadko kiedy innych instytucji. Bynajmniej nie chodzi w tym wszystkich o rzetelne przedstawienie informacji o poparciu danej grupy, a o jego kształtowaniu. Tak by słupki poparcia społecznego wycisnąć w górę ile się da i przy okazji zdołować przeciwników. Metody pracowni sondażowych do tego stopnia działają na wyobraźnię wyborców, że do samego momentu wyborów panują nad jego emocją. Jednych potrafią zmobilizować do wzięcia udziału w wyborach, innych potrafią zatrzymać w domu, jeszcze innych zdopingować do oddania głosu na listę, która sondażowo błyszczy. Choć wygląda lepiej, to jeszcze przedwczoraj tego samego wyborcę nie obchodziła. Tylko twardziele będący elektoratem potężnych zwaśnionych ugrupowań zdania nie zmienią, choćby nawet mowę im odebrano. Powstałe zjawisko to polaryzacja wyborcza, która na finiszu każdej kampanii kradnie głosy biedniejszym i daje bogatym. Odwrotnie jak Janosik. To zjawisko, któremu najłatwiej ulec w docelowej rywalizacji dwóch zwaśnionych ugrupowań. To także zjawisko, które co kolejne wybory funkcjonuje z zaparciem, tak jak w żadnym innym demokratycznym kraju. W każdych kolejnych wyborach sondaże oparte na coraz lepszych technikach, coraz bardziej odbiegają od faktycznych wyników wyborów. Niegdyś mówiono o błędach statystycznych i w zakresie błędu wynik wyborczy się zawierał. Dziś też o takowych błędach się mówi, ale mniej chętnie, gdyż o zakresie tego niewielkiego błędu coraz częściej można pomarzyć. Dotyczy to nie tylko sondaży zlecanych i wykonywanych długo przed wyborczymi procedurami, ale też sondaży instytucji pracujących przy lokalach wyborczych w samym dniu wyborów. Te sondaże w każdych kolejnych wyborach coraz śmielej odbiegają od wyników. Taka jest siła pracowni sondażowych. Siła targania podświadomością wyborcy.

System wielopartyjny czy dwupartyjny ?
Kształtowanie preferencji wyborczych oraz zjawisko polaryzacji ujawniające się w momencie zbliżania czasu wyborów potrafi przerabiać system wielopartyjny na dwupartyjny. Dla samej techniki wyborów nie ma nic prostszego i oczywistego, jak wybór jednego wariantu z dwóch przedstawionych. To samo w II turze wyborów prezydenckich, gdy karta do głosowania zawiera tylko dwa nazwiska. Jednak dla idei demokracji, dla trafności wyboru, wreszcie stylu sprawowania władzy zwycięskiej ekipy, zdroworozsądkowym orężem jest zawsze możliwość poznania kilku opcji. Spłycanie sprawy do wspólnych, choć dwóch mianowników prowadzi do antagonizmów i coraz bardziej brutalnej walki o władzę. Pewnie że dotyczy to wybieranych, czyli politycznych konkurentów. Jednakże przy okazji przedstawiciele tych elektoratów też nie przebierają w środkach. To w najlepszym wydaniu taka drużynowa rywalizacja sportowa o wysoką stawkę dwóch ekip, z których nikt nie ustąpi za żadne skarby świata. Niemniej coraz częściej jest to nic innego jak ustawka kibolska, która ma na celu nakopanie ile wlezie przeciwnikom. I pozostawienie ich w parterze, czytaj w opozycji na przynajmniej cztery lata, a daj Boże choć na osiem. Docelowo zaś ustawienie się w sytuacji, w której można pozwalać sobie na wszystko.

Lojalność wobec elektoratu
To kolejna kwestia, której dopracowanie jest z wielu względów utrudnione. Walka na programy wyborcze, choć nie wszyscy je mają. Wybory mają to do siebie, że teoretycznie może wygrać je ktoś bez takowego programu. Inna możliwość to taka, że można wejść w koalicję z kimś kto nie pozwoli w znikomym stopniu obietnice wyborcze realizować. Jak się już jest przy władzy, im więcej mieć założonych punktów programu tym gorzej. Kiedyś bowiem z realizacji poszczególnych punktów trzeba się będzie najprawdopodobniej rozliczyć, a konsekwencje tego mogą być przykre. Nie to jest dla elektoratu najbardziej frustrujące. Ta brak lojalności wobec wyborców, to brak uczciwości w stosunku do własnego elektoratu. Czy może się zdarzyć, że zwycięzcy wyborów piją koniaka a potem są największymi przegranymi ? Czy może się zdarzyć, że przegrani chaotycznie rozglądają się za nerwosolem, a za chwilę już triumfują ?
Okłamywanie wyborców i swojego elektoratu to domena polityki ostatnich 30 lat. To tendencja, która z uwagi na rozwój demokracji winna się kurczyć, a jakże często eksploduje. Co niektórym łatwo robić przedwyborcze makijaże oraz zakładać maski. Przykre niespodzianki pojawiają się nieraz, gdy zmuszeni jesteśmy oglądać naturalną twarz. Podobnie z transferami politycznymi. Kiedy nie są chybione, wyborcy są w stanie to zdzierżyć, a nawet inne rozdania popierać. Gorzej wtedy, gdy za chwilę coś stanie na głowie. Przedstawiciele elektoratu danej opcji czekają długimi latami z utęsknieniem na bajkę, w której pojawi się uśmiechnięty misiu i jeśli nie będzie w stanie spełnić obietnic, przynajmniej zaznaczy się serdecznym uściskiem. Zamiast bajki z misiem, zza kotary wyjawia się podrażniony, wygłodniały lew i zaczyna się horror. To mało ważne, że przez lata żywił się politycznym mięsem. Problem tkwi w tym, że teraz apetyt wzrósł i zwierzak ma chęć na coś lepszego.

Więc mamy wybory wolne, ale wciąż tylko częściowo
Co zatem się zmieniło przez te trzydzieści lat ? Wolno nam wybierać w demokratycznych wyborach. To graniczy z pojęciem bezsprzeczności. Wolno tworzyć spójny elektorat, który z nadziejami będzie czekał na każde głosowanie. Czy jednak agresywne sugestie przedstawiane przez środki opiniotwórcze dają nam możliwość swobodnego wyboru ? Bez obawy o tak zwany głos stracony, którym to martwi się spora część wyborców ? Gdzie w takim układzie wybieranie zgodnie z sumieniem, skoro wyobraźnia dawno na szczycie słupków najmocniejszych ugrupowań ? Gdzie ubezpieczenie w ramach elektoratu przed zmianami oblicza, przemalowaniem barw politycznych, poświęceniem szlachetnych ludzi w imię nobilitacji kumoterstwa i kolesiostwa ?
To pytajniki są filarami tezy o wyborach wolnych, ale dalej tylko w jakiejś części. Jeśli nie dla całego społeczeństwa, to przynajmniej dla jego znaczącego odsetka.
                                                                                  Krzysztof Szkutnik

Dodaj komentarz