Izrael rozbity w drobny mak

0
177
Piłka nożna. Polska - Izrael 4-0, 10.06.2019 Warszawa

                   Czy to możliwe, aby w kalendarzowej rzeczywistości Piątek rozpoczynał oczekiwany z utęsknieniem nie tyle każdy weekend, ale nawet cały udany tydzień ? W polskich, sportowych realiach najzupełniej tak. W poniedziałkowy wieczór Krzysztof Piątek w 35 minucie szlagierowego meczu o punkty Polski z Izraelem otworzył wynik spotkania, w którym nasza reprezentacja rozbiła rywali 4-0 (1-0). Trzy gole dołożyli kolejno: Robert Lewandowski w 56 Min. z rzutu karnego, Kamil Grosicki w 38 min. oraz Damian Kądzior w 85 minucie.

Tak było przed meczem
W stolicy Polski przez cały wczorajszy dzień, a szczególnie w godzinach popołudniowych nie można było ominąć gorącej atmosfery . Choć temperatura w cieniu przekraczała 30 stopni Celsjusza, to fani piłki nożnej do tej aury dodawali jeszcze swoje atrybuty. Zmierzający chodnikami w kierunku bram stadionu, pozdrawiali kibiców będących w autach osobowych i autokarach. Pojazdy próbowały ulokować się na miejsca parkingowe, co z każdą upływającą minutą było sztuką. Odwrotnie ze sportowymi pozdrowieniami – było podobnie. Takie gesty, które dawały trochę otuchy, gdyż pokonywanie ostatnich kilometrów w drodze do stadionu rozśmieszyłoby nawet żółwi. Nikt jednak nie narzekał. W tłoku przed stadionem, podczas kontroli osobiste, przy wejściowych kołowrotkach, w tunelach prowadzących do samych sektorów i na konkretne miejsca, wszędzie panował radosny nastrój. Słońce z czasem chowało się za różne obiekty w pobliżu i zmierzało ku zachodowi, ale wciąż było parno, duszno i gorąco.

Ostatnie chwile przed rozpoczęciem spotkania.
Zastanawiano się jak w takim ukropie będą sobie radzić piłkarze. Co niektórzy kibice przecież, po namierzeniu swojego siedziska i dotarciu na numerowane miejsce, ziali jak smok wawelski. Nie ten legendarny olbrzym, hasający niegdyś po Krakowie. Tylko ten z okolic dzisiejszego Wawelu, będący atrapą, buchający ogniem po zasileniu kwotą z sms-a. Kilka minut do pierwszego gwizdka niemieckiego sędziego. Prezentacja skladu izraelskich piłkarzy zbyt wielu na trybunach nie obchodzi. Niewielka część stadionowych tubylców przedstawienie nazwisk izraelitów wykorzystała w celu przypomnienia sobie technicznych aspektów kociej muzyki, z wykorzystaniem dwóch palców. W końcu ważna przedmeczowa cześć spektaklu – państwowe hymny. Najpierw zgodnie z tradycją praw gościa – hymn Izraela. Rozbrzmiewa jego melodia, pojawiają się nieliczne gwizdy, lecz bardzo szybko milkną, zagłuszone przez rzęsiste oklaski tysięcy szlachetnych rąk. Teraz widać, że nie tylko zasiadający pod gorącym stadionowy dachem, mają równo pod „sufitem”. Ci bliżej murawy też nie ustępują. Kutura zachowania w takim momencie to zbyt skąpe określenie. Aż w końcu mamy nasz hymn. Śpiewamy Mazurka Dabrowskiego, jak zawsze rytmicznie i melodyjnie, jak zwykle dynamicznie, jak to w wersji stadionowej rozbrzmiewa – donośnie i radośnie. Słoń raczej nikomu wcześniej po uszach nie deptał – przesłuchania dla kandydatów do chórów większość by zaliczyła.

Pierwszy gwizdek sędziego i pierwsza połowa gry
Mecz rozpoczął się od ataków piłkarzy reprezentacji, lecz w pierwszych minutach gry na groźne one nie wyglądały. Biało – czerwoni próbowali strzałów z dystansu, lecz uderzenia Grzegorza Krzychowiaka pofrunęło nad poprzeczkę, Bartosza Bereszyńskiego zostało zablokowane, a Piotra Zielińskiego zatrzepotało na bocznej siatce. Izrael rzadziej był przy piłce, ale jak tylko zawodnicy gości przejmowali futbolówkę, tak jakby od razu na boisku było więcej przestrzeni. Goście starali się to wykorzystać. Kolejno w 24 i 25 minucie w polskim polu karnym powiało bramką dla przyjezdnych, lecz tamci nie skorzystali z bardzo dobrych okazji. Za pierwszym razem gościom zabrakło zdecydowania, za drugim – wyboru właściwego wariantu. Błędy obronne nie przełożyły się na przykre konsekwencje dla piłkarzy znad Wisły. Polacy przetrzymali więc okres nijakiej gry. W 35 minucie nadeszła pierwsza eksplozja radości. Robert Lewandowski zagrał do Kędziory, ten wypatrzył w sprinterskim tempie wbiegającego Piątka, a nasz snajper uderzy co sił, omal nie rozrywając izraelskiej siatki. W ostatniej akcji pierwszej odsłony spotkania kibice liczyli na gola „do szatni”, gdyż sędzia podyktował rzut wolny z niedalekiej odległości. Lewandowski przeniósł jednak piłkę nad poprzeczką.
Druga połowa z wyższym biegiem Polaków.
Jak mawiają piłkarscy spece, 1-0 to żadny wynik. Wzięli to sobie do serca polscy piłkarze, przyspieszając po przerwie grę. W 56 minucie aktywny na całym boisku Krychowiak zagrał prostopadle do Kamila Grosickiego. Szybki pomocnik już szukał w polu karnym Lewandowskiego, gdy jego podanie zostało przecięte ręką na skraju obrębu pola karnego. Zauważył to sędzia i podyktował „jedenastkę”, do piłki ustawionej na „wapnie” podszedł Lewandowski i w swoim stylu podwyższył prowadzenie Polaków na 2-0. Jeszcze jeden, jeszcze jeden – skandują polscy kibice. Skoro krzyczysz, aż struny głosowe wymiękają, to za chwilę masz ! Dwie minuty potem Polacy konstruują kolejną oskrzydlającą akcję. Tym razem Zieliński przebiegł kilkanaście metrów z piłką, dostrzegając wychodzącego na pozycję Grosickiego. Ten bez namysłu uderzył w krótki róg i bramkarz Izraela skapitulował po raz trzeci. Izraelska drużyna poczuła się wówczas jak bokser sprowadzony do parteru. Próbowała się podnieść poprzez strzelenie honorowej bramki. Zaatakowała większą liczbą zawodników polskie pole karne, ale każda strata piłki pachniała kontrą. Polacy lepiej wytrzymywali bowiem trudy tego meczu, także potrafili rozszyfrować przeciwników. W 85 minucie po rotacjach w naszym składzie, rywali z Izraela zechcieli upokorzyć rezerwowi. Z pod własnego pola karnego piłkę postanowili przepchać do II linii, lecz zrobili to tak nieudolnie, że Arkadiusz Milik dopadł piłkę, zagrał do Damiana Kadziora, zaś ten ustalił wynik meczu na 4-0. Kolejne, piąte poniedziałkowe gromkie „jeeeeest” zabrzmiało po końcowym gwizdku sędziego.

Wszyscy Polacy to jedna rodzina
W trakcie całego meczu piłkarska publika tworzyła niepowtarzalną atmosferę i jedność. Efekty specjalne z kartoniadą podczas hymnu, częste używanie do doingu chorągiewek, meksykańska fala wreszcie. Kulturalnie i donośnie wspomagała naszych zawodników i szanując – nie licząc pojedynczych gwizdów przed rozpoczęciem meczu – godność rywala. Jednocześnie dwukrotnie jeszcze – podkreślając już tym razem bez akompaniamentu orkiestry – inicjując i śpiewając dumnie Mazurka Dąbrowskiego. Na trybunach, holach, pomieszczeniach stadionu PGE Narodowy trudno było zauważyć jakiś drobny nawet incydent. Za to uprzejmości, zabawy, kolorytu było co niemiara. Narodowe koszulki na tułowiach mężczyzn i dam, wspomniane chorągiewki czy szaliki reprezentacji, przepiękne wianki biało – czerwone na głowach fanek, jak też biało – czerwone dekoracje na ich szyjach. Taki szczególny tydzień dla polskiej piłki , zaczynający się wprawdzie w poniedziałek, mimo że o wiele częściej wykrzyknięte zostało nazwisk Piątek. I jeszcze ta spontaniczność na stadionie oraz poza nim, już po rozbiciu Izraela. Można było odnieść wrażenie, że to filmy science fiction lub okres karnawału w Las Vegas czy Rio de Janeiro. Ale to działo się u nas, działo się w Polsce i wydarzyło się naprawdę. Polscy piłkarze są już blisko awansu do finałów mistrzostw Starego Kontynentu. Natomiast kibice do finałów Mistrzostw Europy taką fantastyczną postawą już w poniedziałek awansowali…

      Krzysztof Szkutnik

Dodaj komentarz